Ministerstwo Dobrego Mydła – rozmowa z Anią Bieluń

Ministerstwo Dobrego Mydła to miejsce, w którym powstają naturalne, ręcznie wyrabiane mydła i kosmetyki. Nad wszystkim czuwają siostry Ania i Ula Bieluń, które ponad trzy lata temu rzuciły pracę i studia, żeby spełniać swoje marzenia.

Spotykamy się z Anią w sklepie na Dzielnej 15. Minimalistyczny wystrój doskonale współgra z naturalnymi produktami, jakie możemy kupić w Ministerstwie, duże okno kamienicy i białe ściany sprawiają, że nawet w pochmurne dni nie brakuje tutaj światła.


Macie pięknie urządzony sklep. To projekt  jakiegoś biura?
 
Sklep urządzałyśmy same, najlepiej jak potrafiłyśmy. Pojechałyśmy na Śląsk po biblioteczne szafeczki – w Dąbrowie Górniczej urzęduje pan, który ma ogromny magazyn – IAHU i jest absolutnym wariatem. Gromadzi meble z calej Europy Wschodniej. 

Logo również same zaprojektowałyście?
 
Logo i identyfikacja są dziełem biura projektowego Paris+Hendzel. Miałyśmy bardzo konkretną wizję tego, jak logo powinno wyglądać. Oczekiwałyśmy czegoś, co z jednej strony grałoby z prostotą, a z drugiej strony dałoby nam możliwość używania niedrogich materiałów.

Myślicie o kolejnym sklepie stacjonarnym? Jeśli tak, to w jakim mieście?
 
Rozważamy otworzenie drugiego sklepu. Myślimy o Śląsku.

Planujecie wyjść ze swoimi produktami za granicę?
 
Tak, powstaje anglojęzyczna wersja strony, która początkowo będzie trafiała prawdopodobnie do polskiej Polonii i ich przyjaciół. Już w tej chwili mamy zamówienia od Polaków mieszkających za granicą i nasze produkty wysyłane są do Wielkiej Brytanii, Szwecji, Niemiec czy Francji.

Skąd biorą się pomysły na nowe produkty? Mam na myśli nie tylko nowe mydła, ale na przykład olejek do brody. 
 
Olejek planujemy wprowadzić w najbliższym miesiącu. 13 września jest Dzień Całowania Chłopaków w Usta – stwierdziłyśmy, że to będzie dobry moment.
Same inspiracje przychodzą z miliona kanałów – czasami klienci mówią, czego oczekują, czasami my mamy jakąś potrzebę, innym razem podejrzymy coś fajnego w internecie. Kosmetyka naturalna ma pewne klasyki, takie jak sól kąpielowa, pudry do kąpieli z mlekiem, pomadki czy balsamy do ust. To, że będziemy w przyszłości miały takie kosmetyki jest pewną konsekwencją tego, że są to sprawdzone produkty, których klienci oczekują.

Jakie nowości, obok olejku do brody, pojawią się w najbliższym czasie w Ministerstwie?
 
Tworzymy obecnie pudry do mycia twarzy. Można tego specyfiku używać na dwa sposoby, do mycia twarzy lub jako maseczki. Pracujemy też nad peelingiem morelowym i smarowidłem miodowym.

Do czego ono będzie?
 
Do wszystkiego. Do ciała, rąk, twarzy. To produkt z lanoliną, bardzo odżywczy. Nie jest wegański, natomiast fantastycznie działa na skórę. Będzie w nim ekstrakt z propolisu i z arniki oraz olej dyniowy. Taka dynia miodowa.

Super produkt na jesień.
 
Wiele miesięcy zajmie nam wprowadzenie go na rynek. Mamy dużo projektów w toku, sporo jest w naszej  pracy oczekiwania. Projektujemy nasz pierwszy szampon, mydło w płynie, pracujemy nad produktem do masażu, nad pierwszym kremem do twarzy oraz produktem do dłoni, do skórek. Będziemy też powiększać ofertę dla wegan, między innymi o wegańskie kule do kąpieli.

Bardzo się cieszę, że pojawi się w Ministerstwie krem do twarzy. Zdradzisz więcej szczegółów?
 
Kremy są formułą specyficzną. W mojej ocenie, przy produkcji kremów i emulsji, standardem jest posiadanie własnego laboratorium, którego na dzień dzisiejszy nie mamy. Dlatego szukamy innych rozwiązań.
Kiedy zapragnęłyśmy mieć w swojej ofercie musy, zwróciłyśmy się z prośbą o pomoc do Aśki z Krakowa, z Iossi. Miałyśmy własny pomysł, receptury powstały przy współpracy z Asią, która jest specjalistką w tego typu produktach. Długo zastanawiałyśmy się, czy z tego nie zrezygnować. Ostatecznie stwierdziłam, miejmy zajebiste musy od Asi i nie wstydźmy się tego, że ona robi je dla nas. 
Podobnie jest z kremami. Udało mi się namówić Asię, żeby była moim mentorem. Znalazłam małą, rzetelną produkcję u ludzi, którzy wytwarzają wyłącznie kremy i emulsje. Chcemy nawiązać z nimi współpracę na podstawie naszych receptur i surowców. Są z wykształcenia chemikami i technologami z ponad trzydziestoletnim doświadczeniem, dysponują całym potrzebym zapleczem. Mogłybyśmy paść trupem i nigdy nie osiągnąć takiego poziomu. 

Co jest w Ministerstwie bestsellerem?
 
Nie mamy jednej rzeczy, która jest absolutnie topowa. Mamy bardzo mały asortyment, więc produktów topowych jest kilka. Na pewno peeling śliwkowy do ciała, kule – przede wszystkim różana, hydrolat różany i olejek malinowy do twarzy. To jest obecnie nasz jedyny produkt do twarzy.

A śliwka nie jest do twarzy? Bardzo lubię używać tego olejku w połączeniu z kremem.
 
Jak najbardziej, ale ona jest cięższa. Nie każdemu służy. Malina jest najbardziej uniwersalna.

Twój ulubiony kosmetyk z MDM?
 
Chyba hydrolat.

Różany?
 
Nie, ja akurat bardziej lubię te wytrwane. Lawendę i rumianek. I olej malinowy. W ogóle używam bardzo mało kosmetyków.

Olejku używasz z kremem?
 
Jeśli już używam, to samego. Kremy nie służą mi zupełnie, przesuszają moją skórę. W zasadzie nie mogę używać żadnych poza tym, który Aśka ostatnio wynalazła w Iossi w Krakowie. 

Jaki to krem?
 
Nie mam pojęcia, byłam podobno pierwszą osobą, która go dostała. Aśka stwierdziła, że jeśli mi będzie służył, to będzie służył też wszystkim „trudnym” klientom (śmiech). I rzeczywiście, to jest pierwszy krem, który przy mojej skórze się sprawdza. Czekam kiedy pojawi się w sprzedaży, a jednocześnie czekam, aż skończę wszystkie swoje projekty i będę mogła rozpocząć mentoring u Aśki, żebyśmy mogły zrobić swój własny krem.

Kupujesz kosmetyki innych firm?
 
Kupuję szampony, bo nie mamy ich jeszcze w ofercie. Zresztą myślę, że nawet jak będziemy miały, będę kupowała gdzieś indziej, bo jestem fanką SLS-ów i je po prostu uwielbiam. Uwielbiam giga pianę,  a tutaj nie ma alternatywy, żadne naturalne szampony nie bedą się tak pieniły. Nic nie nada takiej miękkości i jedwabistości jak silikon, a najlepiej miks silikonów, więc jestem fanką tych substancji. Wszystko zależy od tego, jakie masz priorytety. Jeśli chcesz, żeby produkt był łagodny, naturalny, to sięgasz po szampon eko i taki będzie nasz szampon. Natomiast jeśli chcesz mieć efekt wow, to sięgasz po inny produkt.

Czy zdarza się Wam zabierać firmowe sprawy do domu i rozmawiać o nich przy rodzinnym stole, czy praca zostaje w Ministerstwie?
 
Chyba nie spotkałam takiej firmy rodzinnej, która nie rozmawia w domu o biznesie. Jakikolwiek by on nie był. Chyba, że są to zalecenia przekazane przez terapeutę rodzinnego (śmiech).

Bycie siostrami pomaga czy przeszkadza w prowadzeniu wspólnego biznesu?
 
Na początku było bardzo trudno. Szczególnie pierwszy rok Ministerstwa był czasem absolutnie ciągłych awantur. Nieustannie się kłóciłyśmy, krzyczałyśmy na siebie, trzaskałyśmy drzwiami. I dotyczyło to nie tylko pracy, ale i tego, co na krawędzi biznesu i rodziny, komunikacji, podziału kompetencji, tego jak mamy się do siebie zwracać. Było kilka momentów, kiedy dalsze losy firmy wisiały na włosku. Z czasem, w bólach i powoli wypracowałyśmy podział obowiązków, zyskałyśmy do siebie zaufanie. Uważam, że od roku funkcjonujemy turbo poprawnie, co wymaga od nas dużo dyscypliny.

Z tego co mówisz, podstawą Waszej współpracy jest zaufanie do siebie i wynikające z tego poczucie bezpieczeństwa.
 
To dla nas fundament. Mam z siostrą poczucie stuprocentowej pewności, że ona zawsze będzie robiła wszystko, co w jej mocy. To zdecydowanie pomaga, że możesz komuś bezgranicznie zaufać. Zresztą my zaufania mamy dużo, nie tylko do siebie, ale też do ludzi, którzy z nami pracują.

Myślę, że to jest specyfika firmy rodzinnej.  Do firm rodzinnych trafiają inni ludzie niż do korporacji, na innych zasadach, inaczej też układa się współpraca, inny jest poziom zaufania i poczucie bezpieczeństwa dla obu stron.
 
Bardzo się staram. Jeśli nie ma zaufania, nie przedłużamy umowy o pracę. To jest też pewien sposób dobierania sobie załogi, tutaj jestem akurat uparta i kategoryczna. Musimy się dobrze rozumieć i czuć się ze sobą bezpiecznie.

Jesteś mamą, jak udaje Ci się łączyć pracę z macierzyństwem?
 
To chyba generuje mój największy stres. Uwielbiam swoją pracę i mogłabym tutaj siedzieć godzinami, w zasadzie mogłabym stąd nie wychodzić i nie miałabym z tym kompletnie problemu, gdybym nie była mamą. Najwięcej problemów i stresu wynika właśnie z próby połączenia pracy z wychowaniem syna. Nie wiem, czy sobie z tym radzę, chyba czasami sobie nie radzę.

Jak każda z nas. Realizujesz projekt „matka obecna”, czy chodzi właśnie o obecność przy dziecku pomimo natłoku pracy?
 
Tak. Dążę do tego intensywnie, moje wysiłki są skupione wokół tego, żeby  po 16:00 już mnie tutaj nie było. Robię wszystko co w mojej mocy, żeby tak się działo, ale nie zawsze się to udaje. Na szczęście dużo rzeczy mogę robić zdalnie, z domu. Część projektów zabieram zawsze na noc i od 23:00 do 1:00 pracuję przy komputerze.

Od wielu lat mieszkasz w stolicy. Czy czujesz, że to jest Twoje miasto? Czy chciałabyś je zmienić, wyjechać np. do Szczecina?
 
Nie, do Szczecina na pewno nie chciałabym wrócić, tak samo jak moja siostra na pewno nie chciałaby przeprowadzić się do Warszawy.

Masz ulubione miejsca w Warszawie?
 
Kiedyś moim ulubionym miejscem było najwyższe piętro Empiku na Marszałkowskiej. Tam była kawiarnia, w której co miesiąc robiłam sobie popołudnie z gazetami. Brałam prasę, głównie tę inspirującą, np. zagraniczne Vogue i je w spokoju przeglądałam. Bardzo żałuję, że to miejsce zostało zamknięte.
Lubię też Saską, ale to chyba klasyka. Wszyscy lubią Saską. Ostatnio osiedlił się tam Vegan Ramen, zawsze jem u nich coś dobrego, po czym nie boli mnie brzuch, a z czym często mam problem w Warszawie.

Miejscem, do którego chodzę od zawsze jest Kinoteka. Zanim się Olek urodził mieszkałam w zasadzie na przeciwko Kinoteki i bywałam w niej kilka razy w tygodniu, teraz dużo rzadziej.

Jest jeszcze jedno nietypowe miejsce (śmiech). Parę tygodni temu w niedzielę obudziłam się z taką myślą, że chcę zostać działkowcem. Znalazłam w gazecie ogłoszenie z ogródków działkowych Kolejarz, tego samego dnia pojechaliśmy i kupiliśmy tam działkę. Teraz moim miejscem w Warszawie są Ząbki i nasze 300 metrów kwadratowych ogródka.

Na takich ogródkach króluje jeszcze starsze pokolenie, czy spotykacie ludzi młodych?
 
Głównie starsze, przynajmniej na Kolejarzu. Ale myślę, że to się będzie zmieniać. To jest inny świat, jedziesz dziesięć minut i nagle wchodzisz w świat ludzi plażujących w Warszawie. Absolutny vintage. 

Jakie jest Wasze największe marzenie związane z Ministerstwem?
 
Miałyśmy kiedyś marzenie, o którym wiesz, że jest ono z granicy twoich możliwości. Było to posiadanie własnego sklepu, który byłby połączony z produkcją. To marzenie ewoluowało w miarę rozwoju firmy. Nie wiem, czy jeszcze o czymś marzyłyśmy. Te wszystkie nagrody, które dostałyśmy ostatnio od różnych magazynów,  nasza belka na FB to są rzeczy, o których nawet nie marzyłyśmy. Podobnie jak nigdy nie marzyłam o tym, że będę miała sklep w Warszawie i że będę miała w nim swoje biuro.
Oczywiście trzeba by zapytać Uli, o czym ona marzy. Teraz najwięcej  rozmawiamy i  wspólnie marzymy o ustabilizowaniu firmy do tego stopnia, żeby móc więcej czasu poświęcać z bliskim. O wypracowaniu takiego systemu, który pozwoli nam rozwijać się i pracować w sposób spokojny. I to się chyba powoli wydarza. 

Dziękuję Ci za rozmowę. Życzę Wam spełnienia marzeń i dalszych sukcesów!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *